poniedziałek, 3 grudnia 2012

Dzikie serce Kapsztadu


Dzikie serce Kapsztadu

Autorem artykułu jest Waldemar Delekta

W czasie naszej wycieczki do Republiki Południowej Afryki odwiedziliśmy Park Narodowy Góry Stołowej znajdujący się w samym środku miasta Kapsztadu. Tak jak miliony innych ludzi, byliśmy zachwyceni pięknem naturalnego środowiska tej części świata.
Zimowa burza nadchodziła nad Kapsztad. Najpierw pojawiły się czarne chmury, powoli zakryły Lions Head (Głowę Lwa) i Devils Peak (Diabli Szczyt), zanim doszły do Góry Stołowej i całego Półwyspu Peninsula. Bezlitosny północno zachodni wiatr pojawił się trochę później. Przekleństwo marynarzy, kiedy Portugalscy żeglarze opłynęli Przylądek Dobrej Nadziei na początku XV wieku, największym wyzwaniem dla nich była walka z siłami natury. Zatoka Stołowa pieniła się wściekle, na potężnych falach ich okręty rzucane były niczym korek od butelki. Deszcz spadł ciężko na posiekane piaskowce znoszące te warunki od 540 milionów lat, czyli od chwili powstania Góry Stołowej. Wraz z obniżającą się temperaturą, deszcz zamienił się w gruby grad.
Obserwowaliśmy to wszystko z przytulnego kempingu Silvermine na terenie Parku Narodowego Góry Stołowej. Byliśmy bezpieczni w dolinie, pełnej kwiatów protea, w centralnej części parku narodowego. Wydawało się że burza szaleje nad naszymi głowami. Siedzieliśmy spokojnie przy gorącym, żeliwnym piecyku, parę szklanek sherry pomogło utrzymać temperaturę ciała. Silvermine Tented Camp jest częścią pięciodniowego szlaku pieszego Hoerikwaggo Trail długości 88 km, biegnącego z Kapsztadu do Cape Point. Wynajęliśmy to miejsce na jedną noc, przyjechaliśmy naszym samochodem. Śpimy obok szczytu Góry Stołowej, wznosimy toasty, czujemy się bezpiecznie w tym przytulnym miejscu. Szałasy są wyposażone w kuchenkę gazową, lodówkę, garnki, talerze i patelnie. Stylowa architektura zlewa się wspaniale z otoczeniem. Nie tylko my czuliśmy się tutaj „jak u Pana Boga za piecem”. Góra Stołowa była schronieniem dla wielu ludzi od tysięcy lat. Pierwsi mieszkańcy Półwyspu Peninsula pojawili się tutaj około 500 tysięcy lat temu. Wiele lat później przywędrowała tutaj ludność Khoisan, żyjąca w miejscach takich jak jaskinia Peers w Fish Hoek, w której w 1929 roku znaleziono czaszkę ludzką liczącą 12 tysięcy lat. Stosunkowo niedawno bo w XV wieku, po miesiącach żeglugi, portugalscy nawigatorzy z daleka zobaczyli w swoich lunetach Górę Stołową.
Następnie Holendrzy docenili jej geograficzne położenie i dogodny klimat. Powstała „Tawerna Mórz”, czyli miejsce gdzie statki mogły zaopatrywać się w świeżą żywność w trakcie żeglugi do odległych lądów. Deszczowa woda spływająca strumieniami ze stoków góry dostarczała środków do życia.
Gdyby nie ta znacząca góra, prawdopodobnie Kapsztad powstał by 100 km dalej, w okolicach dzisiejszej Saldanha Bay. Jest tam bezpieczniejsze, naturalne wybrzeże ale brakuje wystarczającej ilości wody pitnej. Zapotrzebowanie na słodką wodę już dawno przewyższyło możliwości Góry Stołowej, dlatego teraz źródłem zaopatrzenia stały się tamy w górach Hottentots-Holland. Peninsula do tej pory chlubi się naturalną roślinnością, taką samą jaką zastali tutaj portugalscy żeglarze. Jest to bardzo ważne, bo nic takiego nie pozostało na terenie miasta, tylko trochę poniżej. Na powierzchni liczącej 25 tysięcy hektarów rozciągającej się 70 km od Signal Hill na północy do Cape Point na południu rośnie jeszcze ponad 2250 gatunków roślin. Wiele tych roślin występuje tylko tutaj, czasami pozostało tylko 3 albo 4 rośliny danego gatunku.
Roślinność Parku Narodowego Góry Stołowej wchodzi w skład Królestwa Florystycznego (Cape Florific Region) zwanego Capensis wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Całe to miejsce znajduje się w sercu metropolii miejskiej Kapsztadu. Nieliczni turyści mogą zobaczyć unikalny już kwiat Red Disa (Disa uniflora) uważany za kwiat bogów albo jeszcze rzadszy zwany flame-red fire lily (Cyrtanthus ventricosus) kwitnący po naturalnie występujących tutaj pożarach (bez udziału ludzi) co 12 do 15 lat. Unikalne gatunki ptaków, takie jak nektarniki, dudkowce, red-winged starlings, kestrels, możesz też zobaczyć motyla Mountain Pride, zapylającego 15 gatunków fynbosu, mogących przetrwać tylko dzięki niemu. Góra Stołowa jest także domem dla wielu specyficznych gatunków płazów. Tutejsza żaba zwana Ghost Frog, żyje w kilku strumieniach, a ropucha Western Leopard występuje tylko na bagnach w Noordhoek.
Nic dziwnego że Góra Stołowa stała się najbardziej znaną atrakcją turystyczną Republiki Południowej Afryki. Nasza wycieczka do Parku Narodowego Góry Stołowej była dla nas niebywałą przygodą, pomimo że nie zaliczyliśmy safari i nie szukaliśmy słoni i innych wielkich zwierząt.
Widok z Góry Stołowej na Kapsztad

---

Autor Waldemar Delekta, podróżnik i turysta, poleca więcej informacji o Afryce na stronach: Kapsztad i Wyprawy do RPA

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Jednodniowe wycieczki z Durbanu


Jednodniowe wycieczki z Durbanu

Autorem artykułu jest Darek Hencner

Durban nazywany często miastem riksz i rekinów od dawna jest najpopularniejszym ośrodkiem wypoczynkowym w Republice Południowej Afryki. Różnorodność kulturowa i religijna sprawia że miasto jest uważane jest za jedno z najciekawszych w tym zakątku świata.
Jest wiele do zobaczenia i zrobienia w Durbanie, jest to przecież najpopularniejszy ośrodek turystyczny w RPA dzięki plażom i tropikalnemu klimatowi. Możesz odwiedzić Amphiteatre Garden czyli kompleks basenów, ogrodów, trawników i fontann, Victoria Embankment słynący z kilku ciekawych zabytków, jak Da Gama Clock, zegar ufundowany przez rząd Portugalii dla uczczenia 400 rocznicy lądowania Vasco da Gamy. Nieco bardziej na zachód znajduje się pomnik Dicka Kinga, który w 1842 roku pokonał konno w 10 dni 1000 km, aby sprowadzić posiłki dla oblężonego przez Burów Durbanu. Marine Parade – hałaśliwy i zatłoczony ciąg basenów, fontann, salonów gier, budek małej gastronomii, luksusowych hoteli i apartamentów. W tym właśnie miejscu jest najwięcej atrakcji turystycznych miasta. Zwiedzimy tutaj Golden Mile, czyli plażę długości 6 km leżącą pomiędzy ujściem rzeki Umgeni i głównym portem. Jest to doskonałe miejsce do kąpieli w oceanie, opalania, surfowania i innych form czynnego odpoczynku. 
Chcesz zobaczyć więcej?  Odwiedź mały ale bogaty kulturowo kraj Lesotho. Wyjedziesz wcześnie rano z tętniącego życiem Durbanu. Początkowy odcinek autostrady N2 jest niezbyt ciekawy, szczególnie kiedy przejeżdża się przez wielkie i raczej przygnębiające Pinetown. Kiedy jednak w tyle zostaną już jego satelickie miasta Hillcrest i New Germany, krajobraz zdecydowanie się poprawia. Wkrótce pojawia się Pietermaritzburg, założony przez angielskich osadników, o czym przypominają na przedmieściach parkany z białych sztachet, precyzyjnie przystrzyżone trawniki, alejki wyłożone czerwoną cegłą i starannie przycięte krzewy azalii. Miasto pretenduje do miana jednego z najlepiej zachowanych wiktoriańskich osiedli na świecie. O zasadności tych roszczeń można się przekonać podczas spaceru po starówce, który najlepiej jest rozpocząć od bogato zdobionego ratusza (największa budowla z czerwonej cegły na półkuli południowej). Przed nami daleka droga, nie możemy zatrzymać się choćby na chwilę w Pietermaritzburgu. Odwiedzimy tylko Queen Elizabeth Park. To świetne miejsce na spacer po ogrodach zamieszkiwanych przez zebry, impale, buszboki i wiele odmian mniejszych ssaków. Przy okazji odwiedzimy Douglas Mitchell Centre, aby obejrzeć kolekcję zagrożonych wyginięciem sagowców. Wkrótce jesteśmy w Górach Smoczych i przesiadamy się do samochodów 4X4. Jedziemy przez granicę RPA (więc nie zapomnij paszportu i wizy!) malowniczym Sani Pass do granicy w Lesotho. Odcinek pomiędzy przejściami granicznymi RPA i Lesotho ma długość 9 km, wspina się ostro na wysokość 2873 m. n. p. m. Lesotho to maleńkie górskie królestwo wyglądające jak sen poszukiwacza przygód. Poszarpane grzbiety, głębokie doliny, huczące rzeki, wodospady, wioski zbudowane z mułu i trawy z których pasterze strzegą swych stad. Odwiedzimy tutaj wioskę Sotho i spotkamy się z mieszkańcami Po tym szczególnym spotkaniu czas na lunch w Sani Top Chalet i rozpoczynamy podróż powrotną przez wzgórza KwaZulu-Natal, zatrzymujemy się przy wspaniałym 110-metrowym Howick Waterfall.
Również w ciągu dnia możesz z Durbanu odwiedzić rezerwat Hluhluwe-Imfolozi na północnym wybrzeżu prowincji KwaZulu-Natal. Hluhluwe założony w 1897 roku, jako drugi po Phongolo rezerwat w Afryce i Imfolozi dawniej były oddzielnymi parkami. Podjęto jednak decyzję o ich połączeniu korytarzem przebiegającym przez państwowe tereny. Obecnie całkowity obszar rezerwatu wynosi ponad 1000 km kwadratowych. Hluhluwe-Imfolozi zasłynął sukcesami w ratowaniu nosorożca białego. Kiedy na początku lat 30. XX wieku okazało się że populacja nosorożców zmalała do zaledwie 150 sztuk, rozpoczęto wdrażanie specjalnego programu rozmnażania. W jego wyniku liczba zwierząt wzrosła do 1000 sztuk, a dalsze 4 tysiące trafiło do parków i rezerwatów na całym świecie. Obecnie prowadzi się podobne działania, aby uratować od zagłady nosorożca czarnego. Rezerwat zamieszkuje w sumie 81 gatunków ssaków, z czego kilka większych przywrócono stosunkowo niedawno. Wśród nich znajduje się liczna grupa słoni, żyraf i guźców i endemicznych niali grzywiastych. Można tutaj napotkać lwy, lamparty, gepardy, hieny i likaony.
Lesotho, strome przełęcze
---

Darek Hencner, turysta, miłośnik wycieczek do Afryki

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Odwieczny problem: na narty z biurem podróży, czy samodzielnie?

1 aaa Na kazda kieszen 750 x100

Odwieczny problem: na narty z biurem podróży, czy samodzielnie?

Autorem artykułu jest Monika Wiater


Co roku w mediach, na forach turystycznych pojawiają się denerwujące branżę nagonki na biura podróży. Denerwują się oczywiście te niewinne. Te natomiast, które mają coś na sumieniu, siedzą cicho i obserwują rozwój sytuacji.

Już wręcz tradycją są spektakularne upadki biur podróży i setki artykułów ostrzegawczych dla turystów. Jaka jednak jest gwarancja 100% powodzenia w przypadku samodzielnego zarezerwowania obiektu? Poniżej przedstawiamy 4 punkty, w których znajdują się za i przeciw wyjazdom zorganizowanym przez biura podróży. Oczywiście mówimy o biurach profesjonalnych, w których pracują ludzie doświadczeni i kompetentni.

1. Wybór oferty.

Nie ma dwóch takich samych narciarzy. Różnimy się wyglądem, doświadczeniem, wiedzą, zasobnością portfela i jeszcze wieloma innymi czynnikami. Pierwszy problem przy wyborze oferty pojawia się, kiedy musimy zdecydować się na region. Doświadczeni wiedzą od razu gdzie chcą pojechać. Niedoświadczeni lub początkujący muszą niestety poświęcić na to trochę więcej czasu (o tym bliżej w pkt.2). 
Jeżeli wybraliśmy region, czas na szukanie obiektu. I tutaj mamy ogromne pole do popisu. Przecież „w sieci” jest ogromna ilość i różnorodność propozycji, a oszukiwać może nie tylko nieuczciwe biuro podróży, ale również nieuczciwy właściciel pensjonatu czy apartamentu. Ryzyko jest podobne. Każdy  może  przedstawić w katalogach czy na stronach internetowych nieprawdziwe zdjęcia lub niewłaściwe odległości do wyciągów narciarskich. Widząc na stronie internetowej pensjonatu, którym jesteśmy zainteresowani zdjęcie pięknej sypialni, nie mamy gwarancji, że każda sypialnia wygląda dokładnie tak samo, a nie jest np. jedynym wyremontowanym pokojem. Podobnie Pani Kasia z zaprzyjaźnionego biura, która fantastycznie zachwala hotel X, położony tuż obok gondoli niekoniecznie widziała go na własne oczy.
Nie można jednak, do organizacji wczasów podchodzić zgoła pesymistycznie,  i z góry zakładać, że zostaniemy oszukani. Oczywiście odrobina ostrożności nie zaszkodzi, ale nie dajmy się zwariować. W tym przypadku wybór należy już do narciarza, czy zechce zaufać Pani Kasi, czy właścicielowi pensjonatu. Nie oszukujmy się – oboje chcą na narciarzu zarobić, ale też każdemu z nich zależy, aby ten narciarz za rok do nich powrócił. Dlatego też każdy jest bardzo ostrożny i nie może sobie pozwolić na najmniejszy nawet błąd.

2. Czas.
Wracamy do naszego niedoświadczonego narciarza. Chcąc pojechać pierwszy raz na narty w Alpy musi najpierw spędzić wiele godzin w Internecie szukając informacji o najlepszych i najgorszych ośrodkach narciarskich. Następnie musi te informacje zweryfikować, bo ile narciarzy, tyle przecież opinii. Kolejny krok, to szukanie w danym regionie obiektów – apartamentów lub hoteli. Pamiętajmy, że w każdym regionie jest kilkaset obiektów, które reklamują się w Internecie i warto je sprawdzić. Czy mamy na to czas?
Jeżeli decydujemy się na skorzystanie z oferty biura podróży potrzebujemy czas na wykonanie telefonu lub wysłanie e-maila. Przedstawiamy nasze oczekiwania: termin, ilość osób, rodzaj zakwaterowania. Można, aczkolwiek niekoniecznie podać region oraz kwotę, w której chcemy się zmieścić. Potem zajmujemy się swoimi sprawami i czekamy na przygotowaną ofertę. Jaka jest gwarancja, że oferta, którą otrzymamy będzie w 100% trafiona? Żadna. Zakładając jednak, że każdej firmie zależy na zadowoleniu klienta, przyjmujemy, że biura podróży staną lub przynajmniej będą starały się stanąć na wysokości zadania, aby przygotować ofertę w 100% skrojoną na miarę potrzeb klienta.

3. Oferta.

Ofert w Internecie są tysiące. Należy tylko wybrać najbardziej pasującą do naszych wyobrażeń. Wielu narciarzy porównuje oferty otrzymane bezpośrednio od tych przygotowanych przez biuro podróży i na tej podstawie decyduje się na podjęcie decyzji. Pamiętajmy jednak, że biuro podróży to nie instytucja charytatywna i nastawione jest na określony zysk. To, jaka będzie cena oferty w znacznej mierze zależy od polityki finansowej biura, ale również od kontrahenta, czyt. właściciela hotelu, apartamentu, etc. Właściciele obiektów podobnie jak narciarze są różni. Jedni chętnie dają biurom podróży duże prowizje, licząc przez to na większą promocję. Dzięki danej prowizji cena końcowa obiektu, nierzadko w biurze podróży jest znacznie bardziej korzystna, niż gdyby klient zarezerwował hotel bezpośrednio. Zdarzają się jednak kontrahenci, którzy nie rozumieją lub raczej nie chcą zrozumieć sposobu funkcjonowania rynku turystycznego. Wbrew pozorom jest to oczywiste – hotel w centrum Mayrhofen nie musi dzielić się swoim zarobkiem z biurem podróży, ponieważ od 10 lat przyjeżdżają do niego stali klienci z Niemiec i Holandii, wypełniając 80% miejsc noclegowych.

Obok podstawowej oferty zakwaterowania, w Internecie możemy znaleźć także oferty pakietowe. Te najczęściej proponowane są przez biura podróży i obejmują: przejazd, zakwaterowanie, opiekę pilota, ubezpieczenie oraz bardzo często kurs narciarski i program dodatkowy. Jeżeli posiadamy własny środek lokomocji i niechętnie podróżujemy z grupą zorganizowaną, a mimo to zależy nam na czymś więcej niż standardowe zakwaterowanie, pozostaje nam wyszukanie w sieci pakietów. Wybrane hotele, które mają podpisane umowy z ośrodkami narciarskimi oferują, najczęściej przed i po sezonie zakwaterowanie z 6 dniowym karnetem narciarskim. Oprócz karnetu, często właściciele proponują dodatkowe atrakcje, jak: opieka nad dziećmi, curling, wędrówki z pochodniami, wieczorek taneczny, etc.

Jeżeli zdecydujemy się na takie rozwiązanie i zarezerwujemy miejsce w hotelu, wówczas przed przyjazdem drukujemy potwierdzenia dokonanych wpłat zaliczek i z nimi udajemy się na wymarzone ferie. Jeżeli natomiast zdecydowaliśmy się na ofertę biura podróży, najczęściej 2-3 tygodnie przed rozpoczęciem wakacji otrzymujemy voucher (dokument uprawniający do zakwaterowania), a także często mapę kraju, mapkę narciarską oraz inne materiały reklamowe.

4. Gwarancja powodzenia transakcji.

Gwarancji chyba nie mamy nigdy. Nie możemy uogólniać, że wszystkie biura podróży nastawione są na zdzieranie z klienta, ale też nie możemy zakładać, że nie jesteśmy w stanie sami zorganizować sobie wyjazdu narciarskiego. Zrobimy to w 100% bez większego problemu. Internet jest zasypany różnego rodzaju ofertami. Pamiętajmy także, że nie warto w ofertach doszukiwać się podstępu i oszustwa. Mimo to,  jeżeli jednak takowe się zdarzy, jakie kroki powinniśmy podjąć? Zastanówmy się gdzie szukać pomocy, jeżeli po przyjeździe do Austrii okaże się, że Hotel X nie istnieje, podobnie jak konto, na które wpłacaliśmy pieniądze? Pomyślmy także, do jakiej instytucji się udamy, kiedy okaże się, że upadło biuro podróży, w którym dokonaliśmy rezerwacji?
Nie ma gotowych przepisów na tego typu sytuacje.

Pamiętajmy! Warto wierzyć w dobre intencje ludzi, bo nie wszyscy oszukują, a wielu właścicieli biur podróży, czy hoteli bardzo kocha swoją pracę, kontakt z ludźmi i zrobi wszystko aby ich klienci / goście poczuli się usatysfakcjonowani z otrzymanej oferty oraz obsługi.

---

Monika Wiater

www.globtrans.pl

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Banikov - zima w Tatrach zachodnich


Banikov - zima w Tatrach zachodnich

Autorem artykułu jest Marcin Walczak

Wstajemy o 6 rano, przecieramy parę razy oczy ze zdumienia. Za oknami lekka rewolucja. Niczym machnięcie magiczną różdżką, niczym piękny sen... Znowu gdzieś na wschodzie wstało słońce... Robimy śniadanie, ciepłą herbatę, ładujemy plecaki i opuszczamy naszą przytulna chatkę. Na zewnątrz jest 7 stopniowy mróz...
Nierzeczywisty błękit nas otula. Czubki, które wczoraj chowały się za liczną otuliną chmur, dostojnie patrzą na nas z wyższego poziomu. Przestrzegając, że nie będą dla nas pobłażliwe. Będą nas cały czas pilnować, odsłaniając przed nami coraz piękniejsze przestrzenie. Będą mieć na nas oko i w zależności od nas samych, zezwolą nam albo nie, wrócić do przytulnej chatki.
Tatry
Dochodzimy do Adamculi, takiego niewielkiego rozgałęzienia. Nasz ślad odbija w tym rejonie w prawo. Jeszcze nieco asfaltu i wstąpimy w las. Czy wy też macie wrażenie, że w Słowackich Tatrach drzewa są smukłe i proste, zbliżone do ideału? Czy to moje urojenia? Trasa całkiem przenikliwie i monotonnie wiedzie nas ku pięknym przestrzenią. Tam gdzie las ustępuje miejsca skałom, a wiatr swobodnie wiedzie ku szczytom! Za nami Osobita odchyla swoje skalne oblicze, a Zabraty miękko opadają ku dolinie. Przed nami odsłania się niesamowicie wyglądający z tej strony Wołowiec. Dalej Rohacze , Trzy Kopy i Hruba Kopa oraz zamiar naszej wyprawy Banikov (2178m). Doszliśmy do Spalenej Doliny! Dolina Spalena to jedno z najładniejszych miejsc słowackich Tatr Zachodnich, której nazewnictwo wywodzi się od wznoszącej się nad doliną góry o nazwie Spalona Kopa (2083m n.p.m.).
Banikov
Maszerujemy w kierunku przełęczy. Warunki kapitalne. Szlak przetarty. Śnieg dosyć zwarty i stały. Dochodzimy do bariery słońca. W końcu mogliśmy się rozgrzać. Mi od razu przybędą skojarzenia z ekstremalnymi wyprawami, w których himalaiści próbują ogrzać odmrożone kończyny w promieniach słonecznych. Inne realia, lecz proces ten sam... Słońce to życie... Bez niego wszystko blednie. Kontynuujemy trasę w jego kierunku! A Banikov coraz bliżej! Jeszcze łagodny trawers wierzchołka Pacholi i jesteśmy na przełęczy! Po przeciwległej stronie mocy!
O Banikovie (Banówka) napomknę tyle i ile napisać się powinno. Wznosi się na wysokość 2178 m n.p.m. Znajduje się na nadrzędnej grani Tatr Zachodnich pomiędzy Pacholą a Hrubą Kopą. Jego północne stoki bardzo stromo schodzą do Spalonej Doliny. Na wschodnich zboczach mieści się wyraźna skalna czuba i Banikowska Igła. Banikov zbudowany jest z krystalicznych skał (granodioryty rohackie) i swoim wyglądem przypomina Tatry Wysokie. A sam szlak w niektórych miejscach jest całkiem mocno eksponowany. W wypadku śniegu i deszczu trzeba być bardzo czujnym.
Banikov
Wracamy na zacienioną stronę Spalenej Doliny. Ja z Mirkiem troszkę wcześniej. Agnieszka z Jurkiem nie mogą się oderwać od tatrzańskich widoków z Banikova. Pomysł jest nieskomplikowany - ponownie odwiedzamy Rohackie Plesa. Dzisiaj mamy zagwarantowany nierealny błękit. Trzeba to wykorzystać!
Wołowiec i Ostry Rohacz
---

2be inspired...

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Obozy młodzieżowe jako ciekawa opcja na ferie zimowe


Obozy młodzieżowe jako ciekawa opcja na ferie zimowe

Autorem artykułu jest Krzysiek Skw.

Pomimo że za oknami króluje przepiękna polska złota jesień, a jedyną oznaką zbliżającej się zimy są pojawiające się w sklepach świąteczne słodycze, warto pomyśleć o jej nadejściu. Poza zmianą opon, ciepłych ubraniach i zapasie opału należy pamiętać o zorganizowaniu zimowego wypoczynku dla dzieci.
W ofercie różnorodnych biur podróży coraz częściej zaczynają pojawiać się obozy młodzieżowe. To bardzo ciekawa forma zimowego wypoczynku skierowana przede wszystkim do nastoletnich dzieci, które dysponują wolnym czasem w ferie i chcą go spędzić w pożyteczny sposób.
Wyjazdy kolonijne zimą mają zazwyczaj formę kursu nauki jazdy na nartach bądź snowboardzie. Organizator zapewnia przejazd bądź przelot, zakwaterowanie, posiłki, opiekę, instruktorów a także skipass. Uczestnicy mają zorganizowany czas od rana do wieczora, nie mają czasu na nudę oraz niezadowolenie. Poza nauką jazdy na wybranym rodzaju desek istnieje możliwość wychodzenia w niższe partie gór, poznawania zagrożeń związanych z tego typu wypadami, nauka radzenia sobie w trudnych warunkach, podziwianie przepięknych widoków i korzystania z uroków hotelu.
Dodatkowo jest to szansa odpoczynku w miejscu, w którym klimat jest wyjątkowy, a jego właściwości zachwyciły już mnóstwo ludzi. Obozy młodzieżowe to także szansa poznania nowych ludzi, nawiązania wieloletnich przyjaźni, przeżycia pierwszych miłości i poszerzenia horyzontów. Brak rodziców sprzyja rozwojowi samodzielności, a także nauki radzenia sobie w grupie zupełnie nieznanych osób. To świetny sposób poznawania twardych reguł rządzących życiem.
Zimowe wyjazdy kolonijne to bardzo ciekawa forma spędzania wolnego czasu. Warto zapewnić dziecku możliwość ciekawego i zróżnicowanego odpoczynku, dostosowanego do jego potrzeb, aby praca jaką niewątpliwie jest nauka, była jeszcze bardziej efektywna i przynosiła coraz większe plony.
--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Bezpieczeństwo w turystyce na dziko.


Bezpieczeństwo w turystyce na dziko.

Autorem artykułu jest Sławek Zaniewski

Z racji tego, że cywilizacja dotarła już w prawie wszystkie zakątki naszego pięknego kraju, wydawać by się mogło, że turystyka na dziko to już przeszłość - nic bardziej mylnego, da się i to niezależnie od tego gdzie mieszkasz.
Chodzenie na dziko po górach lasach czy spływy kajakowe dzikimi rzekami ma to do siebie, że nie trzeba trzymać się różnego rodzaju reguł typu godziny odjazdu, czy podporządkowywanie się grupie. Jesteśmy oderwani od świata i zdani na siebie. Robimy co chcemy, śpimy gdzie chcemy. Biwakować na dziko można w bardzo wielu miejscach. Należy tylko pamiętać o tym, aby zawsze zostawiać po sobie porządek. Jest to warunek obowiązkowy bo jeśli sami za sobą nie posprzątamy, to nikt za nas tego nie zrobi i w końcu nasze góry i lasy będą przypominać śmietnik.
Najlepszymi miejscami do uprawiani turystyki na dziko są lasy, rzeki i góry. Biwakować można na polanie, w lesie, na brzegu jeziora lub rzeki - po prosu w jakimś urokliwym, bezludnym miejscu. Jeśli chodzi o góry to idealne są Beskidy - góry stosunkowo niewysokie i malownicze a szlaki beskidzkie są dobrze oznakowane (także pomoc w razie czego można łatwo wezwać).
Mając już plan, gdzie się wybieramy trzeba pamiętać przede wszystkim o bezpieczeństwie. Zawczasu dowiedzieć się gdzie jest najbliższy szpital z antidotum na jad żmij (nie każdy go ma). Dobrze mieć też, w zależności gdzie jesteśmy, numery telefonu do odpowiednich służb ratunkowych typu GOPR czy WOPR. Warto jest też zaopatrzyć w mapę i kompas, a jak nie umiemy ustalać swojej pozycji za ich pomocą, to GPS turystyczny i zapasowe baterie do niego.
Najważniejsza jest dobrze zaopatrzona apteczka. W jej skład oprócz standardowych środków przeciwbólowych, bandaży, plastrów wody utlenionej i altacetu warto zabrać:
- krople do oczu: jak wpadnie jakiś paproch do oka, dobrze jest mieć czym go wypłukać
- węgiel w tabletkach: wiadomo na co :)
- środek na komary i kleszcze
-wapno: jak najmocniejsze, najlepiej 300, doskonałe jak nas oblezą jakieś robale i pokąsają.
Mając skompletowaną apteczkę warto zastanowić się nad wyposażeniem. Generalnie zasada jest taka, żeby zabierać tylko i wyłącznie rzeczy niezbędne. Warto dokładnie zaplanować prowiant, jaki ze sobą zabieramy, ilość wody i ciuchy, w jakich będziemy chodzić. Przecież wszystko będziemy nieść na plecach, ewentualnie będzie to płynąć razem z nami w kajaku - a w nim miejsca też jest mało. Najlepiej jest spakować plecak, założyć go na siebie, potem go rozpakować i przemyśleć jeszcze raz i spakować to, co rzeczywiście jest nam niezbędne.
---

Beskidy - propozycje wycieczek.

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Antonio Gaudi, architekt Barcelony


Antonio Gaudi, architekt Barcelony

Autorem artykułu jest Szaka

Antoni Gaudi jest jednym z najbardziej innowacyjnych i docenianych architektów Hiszpanii. Nie tylko opracowywał projekty budynków, ale też dopracowywał wszystkie ich detale. Jego najbardziej znanymi projektami są Park Güell i niedokończona katedra Sagrada Familia.
Gaudi szlifował swój talent już od najmłodszych lat, kiedy to projektował dekoracje na przedstawienia szkolne i ozdabiał swoimi rysunkami gazetkę. W młodości i w latach studenckich zatrudnił się jako pomocnik architektów, którzy byli już znani w kręgach bogatej społeczności Barcelony. Te doświadczenia zaprocentowały w przyszłości kiedy zaczął tworzyć na własną rękę. Zaczynał od prostych projektów, ale z czasem zaczął dostawać coraz poważniejsze zlecenia.
Pierwszym projektem domu, którym Gaudi się zajął była Casa Vicens. Prace zlecił Gaudiemu glazurnik Manuel Vicens. Gaudi był zafascynowały prostotą sztuki średniowiecza i uwydatnił to w tym budynku. Połączył ją z popularnymi w Hiszpanii elementami mauretańskimi. Kilkanaście lat po ukończeniu tego projektu Gaudi zajął się kolejnym budynkiem w okolicy Passeig de Gràcia w Barcelonie. Casa Batlló jest kamienicą, w której Gaudi zastosował biomorficzne elementy ozdobne. W tym budynku zaprojektował również wyposażenie i dekoracje wewnętrzne. Fasada - podobnie jak w przypadku innej kamienicy Casa Milà - pozbawiona jest kątów prostych, które zostały zastąpione falującymi i płynnymi liniami. Z uwagi na swoją eklektyczną formę Casa Milà jest nazywana przez Katalończyków La Pedrera, co tłumaczy się jako kamieniołom. Park Güell jest kolejnym przykładem geniuszu Gaudiego. To tutaj kolorowa salamandra stoi na straży wejścia do Sali Kolumnowej i dalej na ławkę z mozaiki, która jest najdłuższą ławką na świecie. Ostatnim projektem, którym zajął się Gaudi było dokończenie budowy katedry La Sagrada Familia. Liczne zmiany projektu, których dokonał i nowe elementy spowodowały, że budowa tej świątyni trwa już przeszło 100 lat i nadal nie została zakończona.
Planując wycieczkę lub weekend w Barcelonie należy uwzględnić wspomniane miejsce na swojej trasie, gdyż bez nich Barcelona jako taka nie istnieje i są one jej integralną częścią. Właściwie na twórczość Gaudiego w Barcelonie można poświęcić cały jeden dzień zwiedzania.
Wobec twórczości Gaudiego nie można pozostać obojętnym. Można się zachwycać lub kompletnie tego zachwytu nie rozumieć. Podobnie było już za jego życia. Wiele z jego projektów spotkało się z oporem zleceniodawców. Faktem jest, że wywarł duży wpływ na kolejnych pokoleniach. Wśród artystów również znalazł naśladowców m.in. Friedricha Hundertwassera, który zaprojektował kamienicę w Wiedniu znaną jako Dom Hundertwassera.
--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Sekret greckiej kuchni


Sekret greckiej kuchni

Autorem artykułu jest Szaka

Oliwa dla mnie to jak ambrozja – napój bogów. Dlatego nie bez przyczyny najlepsza oliwa kojarzy mi się z Atenami. Jeżeli w czasach antycznych wytwarzana była tam taka sama oliwa jak dzisiaj, to wcale się nie dziwię, że bogowie osiedlili się właśnie na górze Olimp.
W Atenach spędziliśmy trzy dni, które stały pod znakiem intensywnego zwiedzania, przy czym w hotelu mielismy zapewnione jedynie śniadanie. Bardzo lubię organizować wyjazdy na własną rękę, bo nie czuję wtedy ograniczenia w postaci ścisłego harmonogramu, co dotyczy w szczególności posiłków. Organizując wyjazd na własną rękę można samemu decydować o czasie, a przede wszystkim miejscu, gdzie zatrzymamy się na jedzenie podczas zwiedzania. W Atenach w okolicy Placu Monastiraki znaleźliśmy uroczą restaurację z widokiem na Starożytną Agorę. W knajpce tej jako przystawkę podano nam oliwę własnej, domowej produkcji oraz świeżutki chleb, mimo, że był to już w zasadzie wieczór. To było najlepsze jedzenie jakie jadłam w Grecji. Za taką możliwość podziękowałam wszystkim greckim bogom i bohaterom, gdy spojrzałam w górę na pięknie oświetlony Akropol.
Weekend w Atenach zaowocował oczywiście bliższym spotkaniem z grecką kuchnią. Okazało się na przykład, że sałatka grecka w Grecji wygląda zupełnie inaczej niż sałatka grecka w Polsce. Osobiście zajadałam się souvlaki w sosie tzaziki. Natomiast moussaka w Atenach przypomniała wersję, którą można zjeść również u nas w kraju, natomiast była doskonale przyprawiona, dzięki czemu normalnie mdłe bakłażan i ziemniaki miały ostry, fajny smak.
Na osobne omówienie zasługuje tradycyjny grecki trunek, jakim jest ouzo. Jest to mocna wódka o smaku anyżkowym, którą najczęściej miesza się z wodą. Ma tak specyficzny smak, że nie da się pozostać wobec niego obojętnym. Albo uzna się go za fantastyczny trunek, albo znienawidzi na miejscu. Dlatego nie polecałabym zamawiania od razu dużej ilości, gdyż nie wiadomo, czy będzie nam smakować. Polecam również upewnić się, że podano nam z nią odpowiednią ilość lodu, gdyż bez niego ouzo smakuje zupełnie inaczej.
--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Odkrywanie Polski z dziećmi


Odkrywanie Polski z dziećmi

Autorem artykułu jest papaj

Będąc w ósmym miesiącu ciąży, wybraliśmy się z mężem na urlop. Pamiętam pewnego młodego mężczyznę, który powiedział, że rozumie moją chęć wyjazdu na wakacje „w końcu przez kilka następnych lat będę musiała z tego zrezygnować”. Nie było dla mnie jasne, dlaczego nie mielibyśmy podróżować razem z dzieckiem.
Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że w dzisiejszych czasach podróżowanie z dziećmi jest o wiele prostsze niż dawniej. Jeśli przyjrzymy się ofertom rynku turystycznego, szybko zauważymy, że wiele z nich zostało dostosowanych do potrzeb najmłodszych urlopowiczów. W wyposażeniu niejednego pensjonatu znajdują się krzesełka dla dzieci, wanienki, małe łóżeczka (nie wspominam o placach zabaw i salach gier). W czasach gdy popularne są sportowe wózki, ergonomiczne nosidła, czy foteliki przykręcane do roweru, wycieczka z maluchem nie jest dla rodzica takim wyzwaniem jak jeszcze kilkanaście lat temu. Zmienił się chyba także nasz styl życia...Jesteśmy zmęczeni godzinami spędzonymi przed ekranem komputera, a później za kierownicą (gdy drogę z pracy do domu musimy pokonać jadąc w nieznośnych korkach).
Tempo życia w mieście nie sprzyja spokojnemu przeżywaniu czasu z dzieckiem. Coraz więcej rodziców marzy o wakacjach z dala od ulicznego zgiełku, komputerów i telefonów komórkowych. Właściciele gospodarstw agroturystycznych doskonale rozumieją tęsknotę mieszczuchów za bliskością natury. Jeśli chodzi o taki wypoczynek, Małopolska jest dobrym przykładem dostosowania oferty do potrzeb rodzin z dziećmi. W internecie znaleźć możemy przewodniki po małopolskich gospodarstwach przyjaznych dzieciom. W ofercie znajduje się wiele atrakcji – parki linowe, baseny, warsztaty edukacyjno – artystyczne etc. Jednak najciekawsze dla dzieci jest spotkanie ze zwierzętami, których nie widziały w mieście, choć doskonale potrafią naśladować wydawane przez nie odgłosy. Maluchy zainteresowane są także tradycyjnym rzemiosłem, pieczeniem chleba, wyrobem sera, lepieniem garnków... Poza tym całymi dniami mogą biegać po zielonej trawie i cieszyć się obecnością rodziców. Trzeba przyznać, że tym, których interesuje agroturystyka, Małopolska może przedstawić bardzo bogatą ofertę. Wieś ma swój specyficzny klimat, który pozwala odpocząć i zrelaksować się. Jednak wieś w Małopolsce jest wyjątkowa – a to przez wzgląd na bogate dziedzictwo i niezwykłe walory krajobrazowe. Dzięki temu ani dzieci, ani dorośli nie będą się nudzić!
--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl